Autor: Marcin Szydlak
Tytuł: „W mojej krwi”
Wydawnictwo: Novea Res
Liczba stron: 421
Ocena: 2/10
Podobno łatwiej się krytykuje, niż chwali, a jednak z trudem przychodzi mi napisanie tej recenzji...
Głównym bohaterem i narratorem debiutanckiej powieści Marka Szydlaka
jest szesnastoletni Bartek. Czytelnik poznaje go w bardzo ważnym
momencie: za kilka dni ma skończyć gimnazjum, a tymczasem odkrywa, że
podobają mu się przedstawiciele tej samej płci.
W dzień rozdania świadectw nastolatek pod wpływem alkoholu całuje
swojego kolegę. Ten, rasowy dres, odpycha go i zrywa z nim wszelkie
kontakty. Przy zagubionym chłopcu pozostaje jednak wierna przyjaciółka, Kasia. To ona namawia go, by założył profil na portalu randkowym dla gejów.
Ale pierwszą miłość Bartek poznaje w bardziej romantycznych
okolicznościach: przewraca się na rowerze i spotyka Oskara, starszego
o 8 lat mężczyznę, z którym nawiązuje krótki, ale intensywny romans.
Niestety, partner musi opuścić Bartka w sprawach biznesowych.
Załamany nastolatek czuje się wykorzystany i co i rusz spotyka się
z nowymi chłopakami. W końcu wchodzi w kolejny, tym razem dłuższy
związek. Piotrek jest o niego o 10 lat starszy, ale Bartkowi kompletnie
to nie przeszkadza – woli dojrzałych mężczyzn i spotykał się z jeszcze
starszymi.
W międzyczasie bohater rozpoczyna naukę w liceum, lecz nie zatrzymuje
się na dłużej na tym wątku: dla niego ważna jest miłość i tylko to się
liczy w jego opowieści. Dodatkowo jego rodzice odkrywają, że chłopiec
jest homoseksualistą i, mówiąc delikatnie, nie przyjmują tego dobrze:
obrażają go, nie akceptują, zakazują wyjść. Kasia też się odsuwa, Bartek
jest o krok od odebrania sobie życia. „Trudno być innym” - chciałoby
się rzec.
Ale nie. Trudno to się czyta tego typu powieści. Zacznijmy od tego,
że nie mam pojęcia, do kogo ona jest kierowana. Tematyka i wybór
głównego bohatera sugerowałyby, że można ten tekst zaliczyć do
literatury młodzieżowej. Niestety, opisy masturbacji i seksu są tu po
prostu obrzydliwe. I nie chodzi o to, że mówią o seksie dwóch chłopaków:
Piotrek założył prezerwatywę na swojego niedużego, ale grubego penisa. Nasmarował go lubrykantem, którym posmarował także mój odbyt.
Nie. Po prostu nie. A wcześniej, już na stronie 11:
Rozpiąłem rozporek, a spodnie opadły na dół. Z czarnych bokserek wyciągnąłem już twardego i naprężonego penisa.
Nie.
Dialogi w tej powieści przypominają rozmowę dwunastolatków na czacie.
Są do tego tak przerysowane i sztuczne... Sama fabuła zresztą też nie
porywa, nie jest ani ciekawa, ani angażująca emocjonalnie czy
intelektualnie. A temat ma taki potencjał! Spłycona została sfera
psychologiczna, ale nic dziwnego – żeby podjąć się tego typu narracji,
trzeba mieć choć trochę talentu lub warsztatu.
Jeśli autor chciał tym tekstem odczarować wizerunek osób LGBT, to
bardzo mu to nie wyszło. Bartek to stereotypowy gej: zwraca uwagę na
wygląd, opisuje dokładnie, w co się ubrał (nawet w narracjach kobiecych
tego nie zauważyłam), ma najlepszą psiapsi, umawia się głównie ze
starszymi facetami... A zresztą spójrzcie sami, jak w powieści Szydlak obala mity na temat homoseksualistów:
Nie oszukujmy się, w przeważającej mierze fani eurowizji to osoby LGBT.
I tu:
Było fajnie, gdy się poznaliśmy, ale ja potrzebuję więcej seksu. Lubię seks i na każdej imprezie chcę kogoś poznać i zabrać do domu.
A zakończenie jest tak kolorowe, że aż zbiera się na wymioty.
Da się opowiadać o tego typu tematach w sposób naprawdę interesujący i sensowny. I trzeba o tym pisać, ale na pewno nie TAK.