czwartek, 24 września 2020

„Głębia Challengera” - N. Shusterman

Autor: Neal Shusterman
Tytuł: „Głębia Challengera”
Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 356
Ocena: 10/10
 
Zaburzenia psychiczne wśród młodych ludzi to temat wciąż pozostający w strefie tabu. Problem natomiast z roku na rok rośnie, a społeczeństwo przez swoistą zmowę milczenia nie jest przygotowane, by się z nim zmierzyć.
Głównym bohaterem i narratorem jest piętnastoletni Caden. Ma dom, kochającą rodzinę, siostrę. W jego życiu jednak pojawia się alternatywna rzeczywistość, w której nastolatek rozpoczyna podróż do najniższego punktu na świecie, czyli tytułowej Głębi Challengera (która jest najniższym punktem w Rowie Mariańskim). Relacja ze statku jest przeplatana z rzeczywistymi wydarzeniami z życia chłopca. 
Pierwszym niepokojącym objawem u Cadena jest paranoja. Zaczyna się bać, że ktoś chce odebrać mu życie. Ciągle czuje się zagrożony, osaczony. Gdy okazuje się, że jego obawy są bezpodstawne, wpada w złość.
Najczęściej otaczające rozmowy do niego nie dochodzą, w pewnym momencie nie jest w stanie nawet rozróżnić słów wypowiadanych przez innych. Czuje, że często traci kontakt z rzeczywistością. 
W mojej głowie są myśli, ale właściwie nie mam wrażenia, że należą do mnie. Są prawie jak głosy. Mówią mi różne rzeczy. Dziś, kiedy patrzę przez okno mojego pokoju, myślogłosy mówią mi, że ludzie w przejeżdżającym samochodzie chcą mi zrobić krzywdę.

 Cadenowi na oczach czytelnika się pogarsza: godzinami chodzi boso po mieście, zaczepia ludzi, coraz częściej prześladują go natrętne „myślogłosy”. Jego najbliżsi znajomi podejrzewają go nawet o branie narkotyków. Stan chłopca pogarsza się na tyle, że rodzice oddają go do szpitala psychiatrycznego. Tam warstwa fabuły mówiąca o statku nabiera sensu - właśnie szpital jest tym statkiem, choroba podróżą, a członkowie załogi - osobami z personelu. 

Gdy czytałam tę powieść, czułam się chora. Czułam, jak te natrętne myśli, okropne wizje przechodzą przeze mnie. Przerażały mnie. Potrafiłam zrozumieć (przynajmniej po części) Cadena, choć nigdy nie byłam w podobnej sytuacji. Autor więc wykonał dobrą robotę. 



Martwe dzieci stawia się na piedestale, a te chore psychicznie zamiata się pod dywan. 

Język jest zdecydowanie na świetnym poziomie. Nie jest to prosta, pełna błędów i niezgrabnych zdań paplanina. Ponadto tekst jest wzbogacony przez rysunki syna autora, Brendana. To właśnie historia Brendana i jego choroby były inspiracją do napisania tego tekstu. Nie da się ukryć, że jest to niezaprzeczalny plus tej powieści - Neal Shusterman widział rozwój zaburzenia psychicznego u swojego dziecka, ma więc większą wiedzę i pełniejszy obraz tego zagadnienia niż randomowy człowiek. 

Schizofrenia wciąż nie jest częstym tematem poruszanym przez kulturę i społeczeństwo. Tym bardziej należy docenić powieści takie jak ta.

Zdecydowanie polecam osobom w każdym wieku. 


czwartek, 3 września 2020

„Żółwie aż do końca” - J. Green

Autor: John Green
Tytuł: „Żółwie aż do końca”
Wydawnictwo: Bukowy las
Liczba stron: 312
Ocena: 9/10
 
Ostatnio stwierdziłam, że jestem zdecydowanie za mało chętna do dawania książkom wysokich ocen. Dlatego postanowiłam to zmienić, bo przecież są takie powieści, które naprawdę uważam za dobrą. Na przykład „Żółwie aż do końca”. 
Można chyba powiedzieć, że jestem fanką Greena. Dla mnie jego opowieści są takie, jakie powinny być historie z literatury YA - niezbyt naiwne, ale ciepłe; nieprzygnębiające (no może czasem), ale poruszające ważne tematy. 
Bohaterką i narratorką tego tekstu jest szesnastoletnia Aza, która cierpi na zaburzenia psychiczne. Dla mnie to właśnie to jest w tej powieści najważniejsze i najlepsze - poruszenie tak ważnego wątku. Green zrobił to perfekcyjnie, bo pokazał problem wielowymiarowo. Przedstawia, jak tego typu zaburzenia wpływają na codzienne życie nastolatki oraz na jej relacje z innymi. 

Pretekstem do przedstawienia nam myśli i zachowań Azy jest śledztwo, którego narratorka podejmuje się pod namową przyjaciółki, Daisy. Druga z dziewcząt pochodzi z niezamożnej rodziny i musi pracować, by uzbierać na studia. Nic więc dziwnego, że gdy Daisy dowiaduje się o nagrodzie za znalezienie poszukiwanego przez policję miliardera, Russella Picketta, koniecznie chce spróbować. Sprawę niejako ułatwia fakt, że Aza niegdyś kolegowała się z synem Picketta i to przez niego dziewczyny próbują zdobyć informacje.
Azę i Davisa łączy przede wszystkim to, że nie mają jednego z rodziców - Aza ojca, a Davis matki. Utrata któregoś z rodziców też pokazana jest w sposób przejmujący i, moim zdaniem, szczery. 
Wracając do głównego wątku... Davis płaci Azie i Daisy za to, by nie udzielały żadnych informacji policji. Mimo wszystko Holmesy (tak bohaterkę nazywa jej przyjaciółka) odkrywa, gdzie może być Russell Pickett. 
Gdy czytałam tę powieść, czułam wręcz ten sam niepokój, który na krok nie odstępuje Azy. Jej neurotyczne, hipochondryczne myśli były tak dobrze przedstawione, że łatwo było poczuć empatię. No bo, umówmy się, są poważniejsze problemy niż to, że ktoś ciągle zmienia plaster na palcu, bo myśli, że wdała mu się infekcja. Ale paranoja ma OGROMNY wpływ na życie tej dziewczyny, prowadzi do wręcz niebezpiecznych sytuacji i uniemożliwia nawiązanie bliskości z innymi. A to nie jest przecież tak, że Aza tej bliskości nie potrzebuje - po prostu trudno jej przestać myśleć o tym, że ktoś może przekazać jej swoje bakterie. 
Podobało mi się też przedstawienie relacji przyjaciółek. Daisy nie przypadła mi do gustu, ale jest JAKAŚ, to dobrze napisana postać. Jednocześnie uświadamia Holmesy, że ta przez swoje zaburzenia jest egoistyczna i trudna do współżycia. Nie odsuwa się jednak od niej, stanowi solidne oparcie. 
W książkach Greena zawsze znajdziemy trudne pytania. Tu też. Jedno z nich zadaje sobie Aza: zastanawia się, czy branie leków psychoaktywnych nie zmienia danej osoby. Tak przedstawia swoje wątpliwości podczas terapii:
Jeśli zażywanie jakiejś tabletki sprawia, że człowiek inaczej się czuje... jeśli zmienia sposób, w jaki... no wie pani... to przerażające. Kto ma decydować o tym, co znaczy „ja”? Ja czy pracownicy fabryki, w której produkuje się lexapro? 

Zaburzenia psychiczne, terapia, leczenie psychiatryczne... to wciąż tematy, których się unika w naszym społeczeństwie. A niestety, tego typu problemy są coraz bardziej powszechne i dotykają osoby coraz młodsze. Potrzeba nam literatury, która porusza te kwestie. Potrzeba nam psychologów, pedagogów, rodziców, którzy chcą rozmawiać o zdrowiu psychicznym z młodzieżą. Dlatego sięgajmy po Greena. 

Na końcu książki znajdziemy listę placówek i różnych instytucji, do których młode osoby (i nie tylko) mogą się zgłosić, gdy mają problem. Tak to się robi, proszę państwa. To się nazywa literatura zaangażowana. 


czwartek, 14 maja 2020

„Mennymsowie” - Sylvia Waugh

Autor: Sylvia Waugh
Tytuł: „Mennymsowie”
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 206
Ocena: 6/10

Są w życiu czytelnika takie lektury, które niby nie porywają, a jednak z jakiegoś powodu zapadają w pamięć. Do tej grupy w moim przypadku można zaliczyć właśnie „Mennymsów”.
Historia koncentruje się wokół trzypokoleniowej rodziny. Już na pierwszych stronach dowiadujemy się jednak, że nie jest to zwykła rodzina. Mennymsowie to bowiem lalki naturalnej wielkości, które od czterdziestu lat udają ludzi. Mają świadomość, wszczepione wspomnienia, czują i przeżywają. Za to nie jedzą, nie piją, nie muszą spać, nie starzeją się. 
Lalki ożyły po śmierci Katarzyny, która ich stworzyła. Wynajmują jej dom, bo pracują - przedstawiciel najstarszego pokolenia, sir Magnus, pisze różne teksty do gazet, kobiety szyją, Jeremiasz jest nocnym stróżem na magazynie. Udaje im się utrzymać tajemnicę, udawanie bowiem mają opanowane do perfekcji. 
I to jest moim zdaniem ta głębsza warstwa utworu. Bo okej, główni bohaterowie to lalki, ale równie dobrze wyśmiewanie niektórych ich rytuałów zmusiło mnie o refleksji, że ludzie też uwielbiają udawać, odgrywać rolę, powtarzać te same czynności. Bezmyślnie, wręcz odruchowo. 
W powieści jest też bardzo wyraźny motyw nastoletniego buntu, którego główną przedstawicielką jest piętnastoletnia Szarlotta. Na swój sposób buntuje się też jej starszy brat, Kuba, który jako jedyny z rodziny nie chce brać udziału w „grze w ludzi”, do tego czuje się inny, ponieważ ma niebieską skórę. 
A, jeszcze mamy pannę Quigley, która mieszka w szafie, ale udaje że mieszka na innej ulicy i czasem się wymyka, by zapukać po chwili do drzwi i utrzymywać, że wpadła na kawę. 
Tak więc...
Sami widzicie, że jest ciekawie. I dlatego ta historia zostanie ze mną na dłużej. Można się nią bawić w każdym wieku - dla młodszych będzie to po prostu szokująca opowieść, starsi doszukają się pewnie głębszych sensów. Pomysł tak czy inaczej wart jest uwagi. 
 Polecam głównie odbiorcom w wieku 10-12.