W mojej głowie są myśli, ale właściwie nie mam wrażenia, że należą do mnie. Są prawie jak głosy. Mówią mi różne rzeczy. Dziś, kiedy patrzę przez okno mojego pokoju, myślogłosy mówią mi, że ludzie w przejeżdżającym samochodzie chcą mi zrobić krzywdę.
Cadenowi na oczach czytelnika się pogarsza: godzinami chodzi boso po mieście, zaczepia ludzi, coraz częściej prześladują go natrętne „myślogłosy”. Jego najbliżsi znajomi podejrzewają go nawet o branie narkotyków. Stan chłopca pogarsza się na tyle, że rodzice oddają go do szpitala psychiatrycznego. Tam warstwa fabuły mówiąca o statku nabiera sensu - właśnie szpital jest tym statkiem, choroba podróżą, a członkowie załogi - osobami z personelu.
Gdy czytałam tę powieść, czułam się chora. Czułam, jak te natrętne myśli, okropne wizje przechodzą przeze mnie. Przerażały mnie. Potrafiłam zrozumieć (przynajmniej po części) Cadena, choć nigdy nie byłam w podobnej sytuacji. Autor więc wykonał dobrą robotę.
Martwe dzieci stawia się na piedestale, a te chore psychicznie zamiata się pod dywan.
Język jest zdecydowanie na świetnym poziomie. Nie jest to prosta, pełna błędów i niezgrabnych zdań paplanina. Ponadto tekst jest wzbogacony przez rysunki syna autora, Brendana. To właśnie historia Brendana i jego choroby były inspiracją do napisania tego tekstu. Nie da się ukryć, że jest to niezaprzeczalny plus tej powieści - Neal Shusterman widział rozwój zaburzenia psychicznego u swojego dziecka, ma więc większą wiedzę i pełniejszy obraz tego zagadnienia niż randomowy człowiek.
Schizofrenia wciąż nie jest częstym tematem poruszanym przez kulturę i społeczeństwo. Tym bardziej należy docenić powieści takie jak ta.
Zdecydowanie polecam osobom w każdym wieku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz