Autor: Sylvia Waugh
Tytuł: „Mennymsowie”
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 206
Ocena: 6/10
Są w życiu czytelnika takie lektury, które niby nie porywają, a jednak z jakiegoś powodu zapadają w pamięć. Do tej grupy w moim przypadku można zaliczyć właśnie „Mennymsów”.
Historia koncentruje się wokół trzypokoleniowej rodziny. Już na pierwszych stronach dowiadujemy się jednak, że nie jest to zwykła rodzina. Mennymsowie to bowiem lalki naturalnej wielkości, które od czterdziestu lat udają ludzi. Mają świadomość, wszczepione wspomnienia, czują i przeżywają. Za to nie jedzą, nie piją, nie muszą spać, nie starzeją się.
Lalki ożyły po śmierci Katarzyny, która ich stworzyła. Wynajmują jej dom, bo pracują - przedstawiciel najstarszego pokolenia, sir Magnus, pisze różne teksty do gazet, kobiety szyją, Jeremiasz jest nocnym stróżem na magazynie. Udaje im się utrzymać tajemnicę, udawanie bowiem mają opanowane do perfekcji.
I to jest moim zdaniem ta głębsza warstwa utworu. Bo okej, główni bohaterowie to lalki, ale równie dobrze wyśmiewanie niektórych ich rytuałów zmusiło mnie o refleksji, że ludzie też uwielbiają udawać, odgrywać rolę, powtarzać te same czynności. Bezmyślnie, wręcz odruchowo.
W powieści jest też bardzo wyraźny motyw nastoletniego buntu, którego główną przedstawicielką jest piętnastoletnia Szarlotta. Na swój sposób buntuje się też jej starszy brat, Kuba, który jako jedyny z rodziny nie chce brać udziału w „grze w ludzi”, do tego czuje się inny, ponieważ ma niebieską skórę.
A, jeszcze mamy pannę Quigley, która mieszka w szafie, ale udaje że mieszka na innej ulicy i czasem się wymyka, by zapukać po chwili do drzwi i utrzymywać, że wpadła na kawę.
Tak więc...
Sami widzicie, że jest ciekawie. I dlatego ta historia zostanie ze mną na dłużej. Można się nią bawić w każdym wieku - dla młodszych będzie to po prostu szokująca opowieść, starsi doszukają się pewnie głębszych sensów. Pomysł tak czy inaczej wart jest uwagi.
Polecam głównie odbiorcom w wieku 10-12.
